Start projektu "Remediacja terenów zanieczyszczonych w rejonie dawnych Z. Ch. ZACHEM" przypada na 2018 rok. Uzyskano na niego blisko 80 milionów złotych (z ponad 93 potrzebnych) dofinansowania ze środków funduszy europejskich. - Przeważnie w projektach unijnych dostaje się 30, 50, góra 60%. Tu było 85%. Dlaczego? Ponieważ był doskonale napisany - Renata Włazik, społeczniczka, która od lat zajmuje się tematem chwali pracę zespołu Akademii Górniczo-Hutniczej pod kierunkiem profesora Mariusza Czopa.

Rozpoczęcie procesu remediacji terenów zanieczyszczonych po dawnym Zachemie ogłoszono 13 września. Więcej na ten temat pisaliśmy tutaj. - Projekt był świetny, ale przez jego wadliwe nadzorowanie, maleją szanse by wyszedł pomyślnie - uważa Włazik.

Założenie projektu było takie, że jego autorzy, którzy przeprowadzali wcześniej szereg badań, będą sprawować nad nim nadzór. Decyzję w tej sprawie zmieniła była dyrektor Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska, Maria Dombrowicz, powierzając nadzór nad nim Dariuszowi Choromańskiemu. Społeczniczka uważa tę decyzję za niezrozumiałą i błędną, bo - jak mówi - nowy koordynator nie miał do czynienia z niełatwą specyfiką tego terenu.

Początek rozpoczęcia procesu remediacji kilkukrotnie przekładano. Wreszcie w styczniu 2021 roku podpisano umowę na realizację inwestycji przez polsko-francuskie konsorcjum firm Remea Societe par actions simplifiee a associe unique, Remea Sp. z o. o. oraz Menard Sp. z o. o. Wtedy deklarowano, że prace rozpoczną się po sześciu miesiącach, a ostatecznie wystartowano we wrześniu bieżącego roku.

244255601_1049113535829818_7478690947073031011_n
Prof. Czop i dr Dorota Pierri w czasie tegorocznych badań przy jednym z piezometrów

Przesunięcie procesu w czasie to jeden z głównych zarzutów, jakie stawia społeczniczka. Jak zauważa, nie da się w 1,5 roku wykonać prac, które zaplanowano na 4,5 roku - przygotowana instalacja ma funkcjonować do lutego 2023 roku. - W projekcie mowa jest o minimum siedmiu przepompowaniach. Eksperci z AGH wiedzą, że i ta liczba może być za mała - powiedziała nam Włazik, zauważając, że czasu starczy na 1 lub 2 przepompowania. - Teraz wykonawcy mówią, że liczby nie mają znaczenia - dodaje.

- Z projektami unijnymi jest tak, że jeśli dokona się jakiejkolwiek zmiany, to trzeba to pisemnie zgłaszać - stwierdza. Społeczniczka uważa, że wielce prawdopodobna jest sytuacja, w której środki na projekt trzeba będzie zwrócić, bo wykonanie jest coraz bardziej odmienne od zapisów w wniosku. Jej zdaniem rozwiązaniem problemu byłoby wnioskowanie o wydłużenie projektu, co byłoby możliwe przy odpowiedniej argumentacji.

- Tyle, że jakby nikomu na tym w RDOŚ nie zależało. Zresztą, czy wśród osób zajmujących się problemem byliby specjaliści, którzy posiadają wiedzę o specyfice tych zanieczyszczeń? - zastanawia się Włazik. Społeczniczka pokłada nadzieję w odnowieniu współpracy przez obecnego dyrektora RDOŚ, Szymona Kosmalskiego, z zespołem prof. Czopa.

W ramach projektu przewidziano też organizację konferencji oraz festynu ekologicznego. - Na festynie ekspert mówił osobom, które z nim rozmawiały, że „Zielona” to takie samo składowisko śmieci, jak np. w Fordonie. To nie jest wysypisko, tylko składowisko odpadów niebezpiecznych, to ogromna różnica - mówi Włazik. Festyn ocenia jako kompletną porażkę.

243534365_582500712895151_3491233572492614364_n
- Jedyny baner mówiący, o czym był festyn, z manipulacyjnym punktem 3 - uważa Włazik

O tym, że osoby odpowiadające obecnie za remediację nie mają wiedzy na temat dokładnych realiów świadczy jej zdaniem również to, że mówiąc o problemie, wielokrotnie informują, że ten projekt pomoże dwóm bydgoskim osiedlom: Łęgnowo i Łęgnowo Wieś. - Wychodziłoby na to, że woda płynie do góry, a to nie ma miejsca. Poprzez okrojenie działań połączonych z tym projektem w zasadzie nie ma mowy o jakichkolwiek działaniach dla os. Łęgnowo i w zasadzie dla Łęgnowa Wsi także, co orzekł m. in. Wojewódzki Sąd Adminstracyjny w Warszawie w 2020 roku - mówi Włazik.

- Trudno ocenić mi wrześniową konferencję, bo zabroniono mi na nią wejść. Powodem odmowy nie był brak wolnych miejsc – tych było sporo. Pracownik organu oświadczył mi, że to konferencja tylko dla ekspertów. Sporo opuszczających ją osób, już przy pierwszej przerwie, mówiło mi, że nie tylko nie byli ekspertami, ale nawet nie byli zaznajomieni z tematem, a przybyli, bo musieli – opowiada Włazik.

Jak dodaje społeczniczka, w zapisie projektu mowa była o konferencji zorganizowanej głównie dla mieszkańców żyjących na zdegradowanym terenie. Włazik uważa, że nie wpuszczono jej na spotkanie, bo dyrektor RDOŚ bał się, że wiadomości, które ma na temat terenów pozachemowskich, „rozbiją iluzję, jaką przedstawili na konferencji”. Sama mówi, że nie ma co prawda ukończonych studiów w kierunku środowiskowym, lecz cztery inne, bliskie tej tematyce. Dodatkowo w ostatnich latach sukcesywnie poszerza swoją wiedzę w tym zakresie.

243039153_1327070391096958_4027179900294386514_n
Włazik z Markiem Grabowiczem przed wejściem na konferencję

- Nie podoba mi się bardzo to, że teraz mówią, że nie będą mierzyli liczby przepompowań, ale będą rozliczali firmę z efektów. Jak mają zamiar zmierzyć efekty, skoro piezometry (urządzenia pomiarowe, które mają pokazywać poziom zanieczyszczeń) są w dużej mierze niewłaściwie umiejscowione, niezgodnie z założeniami innego projektu realizowanego przez Urząd Miasta Bydgoszczy. Piezometry miały być w dolinie, a umieszczono je na górce. Z tego co wiem, nie zmieniono ich wysokości. To znaczy, że mogą pokazywać „lepszy wynik”, bo niewykluczone, że złapią tylko lustro zanieczyszczeń. Te związki chemiczne są cięższe od wody, są bardziej przy dnie - uzupełnia Włazik.

- Po pierwszej próbie oczyszczenia, przez jakiś czas, zwłaszcza z lustra, wyniki mogą wychodzić lepsze, czyli wtedy kiedy trzeba - dodaje. Wyniki, na których pracował zespół AGH, tworząc projekt były podstawowe. Na bazie tych danych zaplanowano odpowiednie działania. W ramach projektu, przed procesem oczyszczania, też trzeba było zrobić wyniki, ale bardziej kompleksowe, które zwracały uwagę na więcej czynników - powiedziała nam społeczniczka.

- Świeższe badania, o czym mówili w wywiadach także przedstawiciele firmy Remea, pokazały, że jest co najmniej trzy-cztery razy gorzej niż zakładano z wyników użytych podczas pisania projektu - dodaje Włazik. To tym bardziej pokazuje, że oczyszczających przepompowań powinno być nawet nie tyle co zakładano, ale jeszcze więcej.

Proces remediacji ma być przeprowadzony na blisko 27 hektarach, a jak mówi nam Włazik, z map opublikowanych w 2019 r. przez Urząd Miasta wynika, że potencjalny teren do remediacji może obejmować powierzchni około 4500 ha. Skuteczna realizacja projektu oznaczałaby rozwiązanie około 0,6% problemu i jak dodaje, byłoby to tylko chwilowe. - Bez zablokowania dopływu zanieczyszczeń nie ma mowy o tym, że to coś pomoże - stwierdza.

Zdaniem społeczniczki, na obszarze 4500 ha może być wiele miejsc czystych, ale co najmniej taki obszar należałoby przebadać, aby wykryć wszystkie potencjalne ogniska zanieczyszczeń po dawnych Z. Ch. Zachem, przedostające się głównie poprzez wody podziemne.

Co dalej?

Jakie środki należałoby przeznaczyć, aby objąć działaniami cały teren? - W 2016 roku zdymisjonowana dyrektor RDOŚ podała, że według wyliczeń w tamtym czasie było to 2,5 mld złotych. Każdy rok przynosi kolejne miliony. W tym momencie to się zbliża do ok. 3 mld, a będzie coraz więcej. Mówimy tylko o kosztach naprawczych - zastrzega Włazik.

- Nikt nie mówi o finansach związanych z zwiększoną zachorowalnością (nikt nie robi w tej sprawie choćby statystyk), a koszty zdrowotne ponoszą wszyscy podatnicy - dodaje. Społeczniczka przypomina, że w 2018 roku Urząd Marszałkowski na jej wniosek zrealizował, jak to określiła, „marnej jakości” bezpłatna badania, z których wynikało, że 90% osób zamieszkujących na tym terenie ma niewłaściwe wyniki morfologii. Udział był dobrowolny - przebadały się 93 osoby. - O dziwo, widząc, że wyniki są bardzo niepokojące, nie zrobiono nic dalej - stwierdza Włazik. - Zabroniono też badać dzieci , a jak wiadomo, to im najbardziej zagrażają te zanieczyszczenia! - dodaje.

Ile czasu potrzeba, aby rozwiązać problem na terenach pozachemowskich? - To pytanie, które trzeba zadać specjalistom. Ja oczywiście je zadałam. Teoretycznie nawet tyle czasu, ile było zatruwane, powinno się odtruwać. Przy intensywnych, prawidłowych działaniach, to około 20-30 lat. Maksymalnie do 50 - przekazała nam Włazik. - Wszelkie szybsze działania będą fikcją, będą tylko pozorowane, chyba że znajdzie się jakieś nowatorskie działanie naprawcze, ale tu potrzebne byłoby danie zielonego światła naukowcom - uważa.

Aby rozwiązać problem, zdaniem społeczniczki potrzebne byłoby porozumienie ponad wszelkimi podziałami, ale na takie się nie zanosi. - Dostrzegam tylko koalicję wszystkich ponad podziałami, aby nie zajmować się tematem pozachemowskim. Wygląda to tak, jakby przyświecały im inne wartości, a nie zdrowie i życie ludzi przebywających na tym zagrożonym terenie - stwierdza Włazik.