"Oto Toruń": Co robi dziś były prezes Polskiego Cukru Toruń?

Maciej Wiśniewski: Z wykształcenia jestem biologiem, chciałem być też genetykiem, może właśnie dlatego w tej chwili rozwijam laboratorium, które powstało już sześć lat temu. Początkowo zajmowaliśmy się badaniami głównie raka piersi, a gdy zaczęła się pandemia, zajęliśmy się testami RT-PCR. Jesteśmy w tym momencie zaangażowani w testowanie i pomoc ludziom, którzy chcą wiedzieć, czy są chorzy na COVID-19 albo czy przeszli już tę chorobę. Nie tylko badamy ludzi, ale też staramy się z nimi rozmawiać.

Siedzimy jednak nie w laboratorium, a w studiu fotograficznym. To również pana pasja, z czego był pan zresztą znany.

Tak jeszcze z tzw. młodych lat. Gdy byłem młody, to praktycznie do dziewiątego roku życia siedziałem w ciemni fotograficznej i wywoływałem zdjęcia. To było w Szkole nr 24. Potem tę ciemnię jednak zamknęli, ale pasja do fotografii już została. Teraz mam swoje studio, dobrze wyposażone, ale niestety czasu na fotografię coraz mniej. Nowa pasja, laboratorium, pochłonęła mnie całkowicie, a pandemia jeszcze się do tego przyczyniła. Na nic innego już nie ma czasu.

Nawet na koszykówkę nie znajduje pan już z czasu?

Koszykówkę oczywiście oglądam (śmiech).

Kibicuje pan Twardym Piernikom?

Oczywiście, że im kibicuję. Chodzę do klubu, rozmawiamy. Wciąż gdzieś blisko tej koszykówki jestem. Blisko, a jednocześnie daleko, bo już nie jestem w strukturach bezpośrednio, ale jestem na tyle związany z tą dyscypliną, że śmiało mogę powiedzieć, że moje serce w koszykówce zostało.

Więź emocjonalna z dyscypliną i toruńską drużyną?

Tak. Taki bardziej dzisiaj kibic klubu, a nie zarządzający.

Jedenaste miejsce w tabeli Polskiego Cukru Toruń to chyba nie jest wynik marzeń. Jak pan ocenia grę tego zespołu?

Zawsze celem była gra przynajmniej w fazie Play-Off. Dziś wciąż jeszcze o to walczymy, bo są cztery drużyny, które chcą być tym ósmym zespołem, który zagra w Play-off. To jest jednak sezon bardzo dziwny. Nie można grać przy pustych arenach, kiedy nie widzi się kibica, gdy kibic nie ma szansy pomóc zawodnikom. Tu nawet nie chodzi o Twarde Pierniki, ale każdy zespół musi to odczuwać. Zawodnicy robią swoją robotę, nie ma jednak tych emocji, które są obecne w czasie meczu w zwykłych warunkach. Zawodnicy na to narzekają i słusznie. Kibice też są niezadowoleni. Możliwość oglądania w telewizji to nie to samo i ten sezon zapisze się na pewno w pamięci kibiców i koszykarzy jako bardzo dziwny. To bardzo trudny okres. Mam nadzieję, że już przyszły sezon będzie normalny i kibice będą mogli choćby dotknąć zawodnika, porozmawiać z nim, przybić mu piątkę i wesprzeć podczas meczu z trybun. To bardzo ważne.

Był Pan zaangażowany emocjonalnie nie tylko w samą grę zespołu, ale w to wszystko co dzieje się wokół drużyny. Był pan twarzą tego klubu, człowiekiem zaangażowanym bezpośrednio w marketing i promocję koszykówki wśród mieszkańców Torunia. Wydaje mi się, że to musiało być trudne, przestać to robić trochę z dnia na dzień. Ciężko pan to przeżył?

To na pewno nie było łatwe. Były to decyzje związane z przyszłością koszykówki w naszym mieście. Nie chcę wchodzić w szczegóły. Moja rezygnacja z zarządu to był ruch przemyślany, wydaje mi się, że to była jedyna logiczna decyzja dla toruńskiej koszykówki. To nie jest jednak tak, że się oderwałem, zamknąłem drzwi i wyszedłem. To tak nie działa. Emocje na pewno pozostały. Wciąż tam wracam (śmiech).

A chciałby pan wrócić i znowu zostać prezesem?

(śmiech) To nie jest ten czas, żeby się nad tym zastanawiać. Teraz gdy zaangażowałem się w rozwijanie laboratorium, to trudno mi myśleć o takich sprawach. Jak się w coś angażuję to operacyjnie. Muszę być w środku i na 100%. Dziś działam operacyjnie w laboratorium ImmQuest, a koszykówka jest, na razie na drugim planie. Jak jest mecz, biorę piwko i oglądam mecz już jak kibic na większym luzie.

A liczył pan straty. To było nie tylko zaangażowanie emocjonalne i poświęcony czas, ale również pieniądze.

Zainwestowałem w klub kilkanaście milionów złotych z nadzieją, że zbuduje kiedyś taką wartość, która pozwoli, chociaż na zwrot tej inwestycji. Dziś takiej szansy już nie ma. Sposób traktowania dużych sponsorów to również jest coś, co wymaga zmian, dla dobra tej dyscypliny, nie tylko tu w Toruniu, ale wierzę, że z czasem to się zmieni. Nie może tak być, że Zarząd Polskiej Ligi Koszykówki dostaje prowizje - premie - od pozyskanych sponsorów i to od pieniędzy spółek skarbu państwa. Siłą ligi powinny być silne kluby, a nie chęć napchania sobie kieszeni przez działaczy. W koszykówce dużo się robi dla kibica, bo za kibicem idą pieniądze. Bez kibiców nie będzie sponsorów, dlatego wciąż warto pobudzać zainteresowania dyscypliną i poszerzać krąg odbiorców. To musi być dobre show. Wtedy wszystko gra i są pieniądze od sponsorów. To wymaga nieustannej pracy. Koszykówka w moim życiu to był czas, gdy wciąż coś nowego tworzyłem, a bardzo lubię to robić. Lubię budować. Teraz skupiam się na budowaniu i rozwijaniu laboratorium, a w wolnym czasie kibicuję Twardym Piernikom.

Rozmawiał Tomasz Kaczyński